Żeby zaspokoić ciekawość
efryny (a może bardziej żeby się pochwalić

) to nadszedł czas na mnie
Po długich walkach związanych z sytuacją doczekaliśmy się urlopu. Pierwszy raz na Mazurach. Tydzień przed coś mi się wbiło w głowę, że mi się oświadczy. No nie wiem skąd, nic nie zobaczyłam, nic nie przeczytałam, niczego nie słyszałam. Czarownica i tyle. Żeby było jasne, nie czekałam na te zaręczyny. Mi było dobrze tak jak było, nawet lepiej niż dobrze

zresztą jakiegoś stażu nie mamy takiego żebym już czuła ciśnienie. A gdyby mnie ktoś pół roku temu zapytał to bym się popukała w czoło. Po swoich doświadczeniach mówiłam totalnie nie jakimkolwiek oficjalkom (chyba, że w Polsce wprowadziliby związki partnerskie no ale..). Jak już się tak wbiło w głowę to zaczęłam sobie sama mówić, że wymyślam, że kto by takiej marudnej babie się oświadczył (ostatnio mam mocną kichę w pracy i tak sobie marudzę pod kocem, btw. nie macie jakiś fajnych ofert pracy? Piszcie w komentarzach

).
No ale do brzegu. I to konkretnie do brzegu bo zaręczyny były na pomoście nad jeziorem, po całodniowym jeżdżeniu rowerami po rezerwatach i korzeniach (pozdrawiam mój rower miejski który to przeżył). Był zachód słońca, nie było klękania, było wino, było totalnie po naszemu. No i też musiałam w tej sekundzie kiedy P. sięgał do kieszeni odwrócić się bo coś zaszeleściło w krzach, z paniką w oczach pytając: "czy tu są dziki? czy tu są niedźwiedzie?!" no i odkryłam co się święci

.
Nie wiedziałam tak szczerze, że aż tak mnie będzie to cieszyć, że się poryczę, że później będę ryczeć przez godzinę na werandzie przed domkiem (tu znowu pozdrawiam sąsiadów), że będzie to dla mnie ważne. I jestem dumna z mojego narzeczonego

, że zrobił to wszystko sam, nikomu nie mówił, pierścionek wybrał, nikogo się nie radził, więc ten dzień był tylko nasz. Zna mnie, skurczybyk.

- Dowód rzeczowy nr. 1
- 20200930_190958.jpg (231.58 KiB) Przejrzano 12250 razy